Osiedle Zacisze w warszawskiej dzielnicy Targówek
Blog > Komentarze do wpisu
Prof. Jan Kieniewicz o Zaciszu cz. 1
Zamieszkałem na Zaciszu przypadkiem. Gdy w latach siedemdziesiątych starałem się o powiększenie powierzchni mieszkalnej okazało się, że Uniwersytet ma możliwość umieścić mnie na liście kandydatów do domków budowanych przez moją spółdzielnię mieszkaniową. W 1981, krótko przed stanem wojennym, wylądowałem w parterowym domku z wielkiej płyty. Miały one wiele mankamentów technicznych. Można powiedzieć, że były brzydkie. Ale wydawały się nam prawdziwym cudem. Tym większym, że przy domku był niewielki teren, na którym urządziliśmy ogródek. W latach 90-tych postanowiłem, że trzeba to rozbudować. Wymarzyłem to sobie w formie małej z zewnątrz, dużej wewnątrz. No i nadal wcale nie jest mi luźno tutaj z książkami...


Napisałem kiedyś, że wybrałem swoje miejsce po tej stronie Wisły jakby logicznie ciągnąc na wschód, gdzie tkwią moje korzenie. W istocie jednak był to przypadek, tyle że błogosławiony. Można powiedzieć, że zamieszkałem na Zaciszu dwukrotnie. Pierwszy raz w 1981, w systemie dawnego PRL. Drugi raz w 1994, gdy cała okolica była już ogarnięta nową rzeczywistością. Ta pierwsza dekada była ciekawsza i pełna niespodzianek. Był to czas, w którym głównym zajęciem, poza knuciem na różnych frontach, było uprawianie ogródka. Wszyscy mieliśmy większe lub mniejsze ogródki przy domu i głównym zajęciem mieszkańców spółdzielczego osiedla było uprawianie ziemi. Na początku trzeba ją było doprowadzić do kultury, bo tu były gruzy, jakieś pokłady drewna, kamieni, szkła. Uprawialiśmy wszystko, co się dało: szpinak kanadyjski, grochy, fasole, sto krzaków pomidorów, truskawki, drzewa owocowe... Z tego się robiło własne przetwory. Kwitła rywalizacja i kooperacja z sąsiadami. Typowa gospodarka samowystarczalna, pozwalająca przetrwać zapaść gospodarki niedoboru. W latach 80-tych (czas racjonowanej żywności) infrastruktura sklepowa Zacisza była czymś zupełnie szczątkowym. W dawnym „wysokościowcu” przy Radzymińskiej, tzw. "trzypiętrówce", był sklepik mięsny o powierzchni około 10 metrów kwadratowych. Zimą z 1981 na 1982 niejeden wieczór tam przestałem. Zimno było bardzo. A drugi sklepik mięsny był na ul. Jórskiego, tam gdzie dziś jest hurtownia papierosów. I tam w końcu pozyskałem, tak ważne wtedy, bliskie kontakty z załogą tego sklepu. Przekupywałem ich przy pomocy rozmaitych cennych rzeczy, w postaci paczki kawy, dezodorantu i podobnych luksusów.

Jak wspominałem w latach 80-tych - poza uprawianiem ogródka i naturalnie jakąś pracą zawodową - zajmowaliśmy się najrozmaitszymi, choć w sumie mało groźnymi, działaniami dywersyjnymi. W co drugim domku coś się działo. Jacyś wydawcy, drukarze, działacze podziemni... A u mnie pod kompostownikiem w ogródku była wykopana skrytka na materiały, które po nocy, zaprasowane w plastiku, zakopywałem w wielkim strachu. Takie to były czasy...

W różnych miejscach różne rzeczy się knuły. Jedną z nich był system wspomagania ludzi, przede wszystkim szło o środowiska represjonowanych, o ukrywających się działaczy Solidarności a szerzej o ludzi jakoś związanych z rozmaitymi formami działania „podziemnego”. Ta wielka akcja szła przez Kościół, szły całe transporty z Zachodu. Ale był też system bardzo roztropny, polegający na tym, że różni prywatnie ludzie z zagranicy, głównie Niemiec, ale i Włoch, Francji, Skandynawii, przesyłali prywatnym ludziom paczki na dostarczone im polskie adresy. Trudno było jednak dostawać jednej osobie dużą ilość paczek, bo to oznaczało kłopoty fiskalne. Trzeba było zmontować sieć adresową. Ja miałem sieć takich ludzi znajomych, krewnych, którzy zgadzali się na to, żeby na ich adres raz na miesiąc, raz na dwa miesiące przychodziły paczki. Musiałem te paczki od nich wyegzekwować, zmagazynować tu w jednym miejscu, posortować, a następnie stosownie do dyrektyw dostarczyć to, gdzie trzeba tam, gdzie trzeba. Drobne kółeczko w większym systemie.

Zajmowało to dość dużo czasu. Trzeba było też wszystkim nadawcom wysłać kartki z podziękowaniem. Wywiązywały się korespondencje, te paczki zaczynały się indywidualizować. Zawsze wśród standardowych, potrzebnych rzeczy, ci nasi dzielni Niemcy dokładali rozmaite rzeczy, które nijak się miały do potrzeb ludzi działających w podziemiu np. soczewica w puszce. W innych puszkach, dochodzących z Paryża, teoretycznie z kiełbaskami lokowano jakieś materiały agitacyjne, nalepki, zresztą nie zawsze wiadomo co.


Tak więc pierwsze Zacisze to dla mnie jest Zacisze stanu wojennego i kolejnych lat 80-tych. Zacisze poznawałem trochę wożąc wnuka na spacery wózkiem, chodząc między jednym a drugim sklepem, chodząc do kościoła. Na Zaciszu, w tamtym okresie takie środowiska jak tutejsze, tzw. "domki spółdzielcze", należały do rzadkości. Zacisze tworzyło matecznik własności prywatnej. Było to zagłębie warsztatów, prywatnej działalności rzemieślniczej. Jak sądzę niektórzy przedsiębiorcy w tamtych latach mieli się lepiej niż potem w latach 90-tych, kiedy przyszedł rynek. Nie wszyscy przedsiębiorcy zaciszańscy byli szczęśliwi po zmianach Balcerowicza. Poznawanie tamtego Zacisza to było chodzenie i patrzenie. Z czasem dopiero dochodziło do jakichś identyfikacji, czy kontaktów. Była oczywiście pętla autobusowa, tam gdzie dzisiaj i osiedlowy sklep spożywczy 'blaszak' koło niej, a dalej na rogu Radzymińskiej i Młodzieńczej piekarnia Chojeckiego, w której też trzeba było nieźle odstać w kolejce. I to była cała infrastruktura. Transport ograniczony do linii 119 i 120 jadących do Dworca Wschodniego.

Na Zaciszu lat 80-tych powoli rozmaite rzeczy się działy. Organizowaliśmy coś, co się nazywało ruchem trzeźwości. Próbowaliśmy przy parafii zorganizować Bractwo Trzeźwości. Od końca 1983 ruszyły ślubowania, pod apelem o trzeźwość zbierano podpisy przed kościołem. Trochę mieszkańców Zacisza się do tego przyłączało. Opiekę objął ksiądz proboszcz Henryk Dreling. Był dzielnym proboszczem z dużymi kontaktami u swych poprzednich parafian związanych z Hutą Warszawa, skąd do nas przyszedł. Potrafił aktywnie podziałać w różnych stronach. Z jego inicjatywy działała Rada Parafialna, której zostałem Przewodniczącym. Wspólnie z Jurkiem Zelnikiem i kilkoma innymi „współbraćmi” organizowaliśmy raz w miesiącu Mszę za Ojczyznę, wzorowaną na tych odbywających się w kościele Świętego Stanisława. Przygotowywaliśmy cały ceremoniał liturgiczno-solidarnościowy, kazanie stosowne do okazji. Po mszy odbywały się prelekcje, na których głosiliśmy już nie Słowo Boże, ale słowo patriotyczno-historyczne. Byłem jednym z głównych prelegentów. Nie mogę powiedzieć, żeby na tych pogadankach zostawało dużo ludzi. Czasem było to kilkanaście osób. Ale to był jakiś kolejny krąg. Na tablicy ogłoszeń przed kościołem mieliśmy swoje miejsce, gdzie były wywieszane informacje, okolicznościowe materiały, czasem fotografie, oczywiście modlitwy. Ksiądz Henryk tak to zorganizował, że Rada składała się po trosze z członków prężnie działającego tu wówczas chóru, po trosze z Bractwa Trzeźwości oraz z kilku miejscowych przedsiębiorców. Ksiądz proboszcz traktował nas dość poważnie. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale praktycznie o każdej porze dnia i nocy mogłem wpaść na plebanię. Przychodziłem do księdza czasem o 9 rano, czasem o 9 wieczorem. Sto spraw, które były potrzebne, spraw społecznych. Czasem ja miałem do niego interes, czasem On miał do nas interes - coś zorganizować, bo to był już czas, kiedy zaczęto myśleć o rozbudowie domu parafialnego. Na werandce plebani odbywały się nie tylko herbatki, ale także aktyw zaciszański spotykał się tam, aby o tym czy owym spokojnie pogadać. To wszystko w jakiejś mierze przysłużyło się temu, że ludzie z tej tradycyjnej, starej części Zacisza i ludzie z okolicy spółdzielczej zaczęli się z sobą stykać, poznawać ze sobą, orientować, kto jest, kto. Obecność tak znanych postaci jak Jurek Zelnik pomagała spinać różne środowiska.

2008.02.25-kieniewicz-2
Ksiądz proboszcz Henryk Dreling i Jan Kieniewicz

Społeczności osiedli spółdzielczych same ze sobą bardzo trudno się integrowały. Tworzyli je ludzie bardzo różnych profesji. Tutaj początek był typowo PRL-owski. Zaczęło się od kwestii roznoszenia mleka. Ludzie mieszkający w blokach byli przyzwyczajeni, że rano pod drzwiami jest butelka mleka. Myśmy nie wyobrażali sobie życia bez tej butelki mleka. Śmieszne bardzo. Była tak zwana akcja mleczna. Zima, stan wojenny. Trzeba organizować dostawę tych butelek ze sklepu przy pętli i rozwiezienie po domach, zebranie pieniędzy. Grupa ludzi, która potem w różnych akcjach solidarnościowych i innych też działała, zaczynała w akcji mlecznej. Z czasem stwierdziliśmy, że to jest kretynizm, że to mleko nie jest nam do niczego potrzebne, ale to trwało dobrych parę miesięcy. Potem była druga rzecz, która wiązała ludzi - szamba. Trzeba było mieć zorganizowany system nadzoru nad wozami od szamba tzn. pilnować, aby szambiarki wyciągały nieczystości a nie odwrotnie. Jako osiedle spółdzielcze byliśmy w sensie publicznym sektorem socjalistycznym. Prywatny właściciel musiał za wywóz szamba konkretnie zapłacić. Myśmy też musieli płacić, ale to było w ramach jakiś opłat spółdzielczych, więc efektywny pracownik sekcji szambiarskiej nie czuł, że ma tu interes i często zdarzało się tak, że szambo wybrane na starym Zaciszu wylewał do szamba na Zaciszu spółdzielczym. Myśmy się zorientowali w tym zagadnieniu i powstała funkcja "szambelana". Cały zespół ludzi aktywniejszych tym się zajmował. To były bardzo absorbujące zajęcia, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy taki wóz przyjedzie, a gdy się pojawił, to trzeba było pilnować a jednocześnie wejść z tymi szambiarzmi w jakieś stosunki "korupcyjne". Takie to były formy, w jakich ludzie zawiązywali znajomości.

Ludzie poznawali się też w ogonkach do telefonu. W latach osiemdziesiątych w domach spółdzielczych telefonów nie było. Były dwa aparaty publiczne na ulicy, więc jak tu zamieszkało 180 rodzin, to proszę sobie wyobrazić, co się działo. A automaty przeważnie były popsute. W dodatku mieszkała tu przecież jeszcze młodzież, która miała swoje ważne sprawy młodzieńcze, które wymagały konkretnych rozmów przez telefon. Potem z czasem tu i ówdzie zaczęły być telefony zaprowadzane do domów i wtedy człowiek, który miał do domu przeciągniętą linię stawał się swoistym ośrodkiem komunikacyjnym. Zelnikowie mieli bardzo wcześnie telefon. Potem Jackowscy. Dlaczego o tym wspominam? Wtedy zaczęto myśleć na Zaciszu, że trzeba założyć te telefony, że to jest spawa ogólna. Zaczęły powstawać różne komitety, spółki. Nic z tego nie wyszło, ale były próby zakładania stowarzyszeń na rzecz telefonizacji. Druga ważna rzecz – kanalizacja. Walka o to, żeby skanalizować Zacisze zaczęła się praktycznie już w połowie lat osiemdziesiątych i zaczęło się tworzenie różnych grup, które wykorzystywały to, że ktoś gdzieś pracował, znał się na czymś, żeby uzyskać możliwości kanalizacji. Dzięki temu ta część Zacisza została przyłączona do kanalizacji na początku lat 90-tych. Między innymi dlatego, że był tu komitet, który bardo intensywnie działał w tej sprawie. Z tym się wiązało uczestnictwo w formach samorządowych. Spółdzielcy mieli Radę Osiedla, jakby reprezentację wobec organizacji. To było grono wybierane i tam się znowu krzyżowały różne aktywności. Do pewnego stopnia obejmowano zainteresowaniem Radę Zacisza, choć wejście tam nastąpiło chyba dopiero po 1989 roku.

Były to czasy, kiedy kanałek dzielił, bo nie było mostu tylko kładka. Nie było jeszcze tak ważnych punktów odniesienia jak bazar na Trockiej. Taka rzecz w latach 80-tych nie miała prawa bytu. Co może warto odnotować, to że powstająca zabudowa spółdzielcza dała początek zieleni. Nie udało się uratować większości lip posadzonych przy ul Rolanda, brakowało wody. Ale stopniowo drzewa i krzewy wychodziły poza ogródki. Część ocalała do dzisiaj.

/wysłuchał i spisał Marcin Gałązka/
-----
Jan Kieniewicz (urodzony 1938 r.), historyk, badacz dziejów nowożytnych i najnowszych, historii Indii, Hiszpanii, ekspansji europejskiej i dziejów porównawczych polsko-hiszpańskich. Profesor zwyczajny w Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1986-1990 przewodniczący Rady Parafialnej na Zaciszu, od jesieni 1989 do jesieni 1990 przewodniczący Komitetu Obywatelskiego na Zaciszu, w latach 1990-1994 ambasador RP w Madrycie.

środa, 27 lutego 2008, margala

Polecane wpisy

  • Zacisze na starych mapach

    Tutaj będą sukcesywnie pojawiać się archiwalne mapy i plany przedstawiające teren obecnego Zacisza oraz jego najbliższych okolic. Mapa „Okolice Warszawy w

  • Zaciszański Fort Lewicpol

    Niewielu Zaciszan wie, że w ostępach Lasu Bródnowskiego kryją się relikty bardzo ciekawego zabytku – XIX wiecznego carskiego fortu. Skąd forty w Warszawie

  • Kondratowicza 1973 r.

    Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy powyższe zdjęcie, które otrzymałem od Gajowego771 i dzięki jego uprzejmości mogę tu zamieścić, musiałem długo zastanawiać się ,

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
jan.szczepan
2013/12/02 15:48:20
Ostatni wpis tak dawno temu? Karygodne, szczególnie że większość z nich to kawał naprawdę pieczołowicie wykonanej roboty: takie historie to ja lubię. Ale już chyba ich tutaj za wiele nowych nie pocztam...szkoda.
-
Gość: ewcia, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/12/22 01:26:32
Prawda...a tak miło się czyta..ogląda zresztą też :)