Osiedle Zacisze w warszawskiej dzielnicy Targówek
Kategorie: Wszystkie | historia
RSS
środa, 27 lutego 2008
Prof. Jan Kieniewicz o Zaciszu cz.2
2008.02.25-kieniewicz-1
Prof. Jan Kieniewicz – spotkanie w Domu Kultury, kwiecień 1990


Wyjątkowy czas w historii Zacisza zaczął się z mojej perspektywy na wiosnę 1989 roku - w maju wróciłem po roku ze Stanów, a tutaj zaczynała się po Okrągłym Stole kampania wyborcza - a skończył na wiosnę 1990 roku, gdy doszło do pierwszych wolnych wyborów samorządowych. To był taki rok, który dla Zacisza był niezwykły, długo by można o tym opowiadać. Ktoś może kiedyś podejmie zadanie rekonstrukcji tego epizodu z samorządem. Dla mnie osobiście to jest kawał życia. Jesienią 1989 roku - kiedy gospodarka nie była jeszcze uwolniona, jeszcze nikomu żadne bazarki w głowie nie były - gdzieś w okolicy Jórskiego, prawdopodobnie po jakiejś wyprawie po mięso - spotkało się trzech mieszkańców Zacisza: ja, Jerzy Zelnik i Maciej Zembaty. Doszliśmy do wniosku, że coś trzeba zrobić lokalnie. Zorganizowaliśmy Komitet Obywatelski. Chciałem podkreślić, że Komitet był przedsięwzięciem integracyjnym tzn. łączył ludzi z typowo inteligenckich ośrodków 'domkowych' - z wykluczeniem części 'domków' powstających między nami a kanałkiem, które czemuś uznawaliśmy za wrogie, nomenklaturowe - z ludźmi ze starego Zacisza. Integracja oparła się znowu na zasadzie rozmaitych prywatnych stosunków ludzi ze sobą, jakiś uczestnictw w działaniach parafialnych, ale myśl zasadniczo była całkowicie demokratyczna. Komitet Obywatelski powstał w postaci zgłoszenia, akcesu. Nikt nikogo nie zapraszał ani nie kierował, ani nie przyjmował. Tych trzech panów miało dość horrendalny pomysł, że Komitet powstanie jako całkowicie oddolna, całkowicie apolityczna inicjatywa mieszkańców. Stało się to w ten sposób, że rozpropagowano szeroko, że w danym dniu spotykamy się w Domu Kultury i każdy, kto przyszedł na zebranie wchodził do Komitetu. Niektórzy ludzie dołączyli do Komitetu później drogą kooptacji, ale pierwszy zrąb KO był taki, że kto przyszedł, to wchodził w jego skład. Nikt z nas nikogo nie sprawdzał. Muszę powiedzieć, że był to dość wariacki pomysł na budowę struktury samorządowej. Ludzie sobie chyba wysoko cenili ten Komitet i uczestnictwo w tym pierwszym zespole uchodzi chyba, tak mi się wydaję, za zaciszańską nobilitację. Komitet zainstalował się z czasem w domu Andrzeja Kobla, zorganizowaliśmy kserokopiarkę, która pracowała jak szalona drukując gazetę Komitetu.
2008.02.25
Pierwszy numer pisma “Zacisze” z 25 lutego 1990 roku

str. 1, str. 2, str. 3, str. 4.

Kolega Szypiński zrobił nam wkrótce wspaniałą winietę. 2008.02.25-zacisze
Pomysły, które wtedy były lansowane, niektóre do dziś się nie spełniły. Istotą było to, a jest w tym znaczne moje autorstwo, że stworzymy miasteczko Zacisze. Chcieliśmy zbudować oddolną strukturę administracyjną, mieć własny samorząd, uzyskać dla takiej małej jednostki status samorządowy na poziomie gminy. Chcieliśmy mieć własny system administracyjny, inwestycyjny, który byłby pod kontrolą mieszkańców. Nasza koncepcja była oczywiście utopijna. Wychodziła z założenia, że to, iż ludzie zamieszkali na jednym terytorium, którzy mają szereg rzeczy do załatwienia razem, będzie wystarczającą siłą powstrzymującą ich przed walką o władzę. Wydawało nam się, że mogą współpracować ze sobą w imię lokalnych spraw zwolennicy i Wałęsy i Mazowieckiego oraz ci, którzy o jednym i drugim nie byli dobrego zdania. Po paru latach widać, że Zacisze jest dość równo podzielone politycznie, co się okazuje w wynikach kolejnych wyborów. Nam się wydawało, że interes lokalny może wziąć górę i że dla tego interesu lokalnego ludzie będą pracować bez pieniędzy, tak jak my działaliśmy w Komitecie, który funkcjonował na zasadzie zrzutek.

Nie wzięliśmy pod uwagę inercji. Komitet składał się z kilkudziesięciu osób, z czego aktywnych i dyspozycyjnych było kilkanaście, a przecież tutaj mieszka kilkanaście tysięcy ludzi. Wielu było gotowych przyjść i zagłosować, ale nie doceniałem tego, co widać dzisiaj, że znaczna część mieszkańców Zacisza nie jest gotowa do tego, aby - jak to się wtedy mówiło - wziąć sprawy we własne ręce. Odpowiedzialność jest rzeczą niebywale ciężką, a myśmy wtedy w Komitecie lansowali taką myśl, że stworzymy taką samorządną enklawę i będziemy odpowiadać za wszystko, co się tutaj dzieje. Chcesz mieć czysto, elegancko, przestrzennie, to zrób. Wydawało nam się, że ludzie są gotowi do aktywności, że nie ma rzeczy nie do zrobienia. Mieliśmy piękne plany: czysty kanałek nad nim bulwar spacerowy, oczywiście miała być księgarnia i bank. Kanalizacja? Proszę bardzo - skanalizujemy Zacisze w rok, tylko furczeć będzie, jeśli dadzą nam możliwość gospodarzenia się i nie będą się wtrącać. To było porywające. Ale to nie mogło się spełnić w tamtym czasie, a dziś jeszcze dalej jesteśmy od tego, ponieważ widać to, czego wtedy nie dostrzegaliśmy, że po pierwsze, znaczna część ludzi ma świadomość raczej poddańczą niż obywatelską tzn. byłaby skłonna przyjąć, że ktoś coś zrobi, ale samemu włożyć pracę i pieniądze w coś, co wychodzi poza obręb płotu to nie. Po drugie, myśmy chcieli kapitalizmu na Zaciszu. Tu były warunki. Znaczna część ludzi pracowała nie na państwowym tylko na prywatnym. Znaczna część była właścicielami, gruntu, domu, warsztatu. Część ludzi miała świadomość, czym jest kapitalizm. To ustrój, którego się nie buduje. On się rodzi. Wymaga wolności, uczciwości i pracy. Każdy odpowiada za siebie i wszyscy wiedzą, że prawdziwy sukces indywidualny prowadzi przez to, że się robi dla wszystkich. Być może, że gdyby udało nam się wprowadzić w życie nasze projekty, to część naszych zaciszańskich przedsiębiorców nie byłaby w latach 90-tych nostalgiczna w stosunku do przeszłości. Nie doceniłem inercji i tego, że w Polsce kapitalizm będzie się rodził z tak nieprawdopodobną trudnością, że coraz bardziej będziemy skrępowani przepisami. Tak na dobrą sprawę to dziś jesteśmy od kapitalizmu dalej niż w 1990 roku. Do prawdziwego kapitalizmu nam jeszcze daleko. To już nie jest socjalizm, ale złogi po nim są jeszcze wielkie - także na Zaciszu.

Inną przyczyną niepowodzenia projektu miasteczka Zacisze były sprawy formalne. Sami twórcy reformy samorządowej, m.in. prof. Regulski, z którym na ten temat wielokrotnie rozmawiałem, nie mieli większych zastrzeżeń. Proszę sobie wyobrazić, że Zacisze na pełnych prawach było wtedy członkiem Związku Miast Polskich i nasze pomysły były na tym forum odbierane z podziwem i zrozumieniem. Natomiast Warszawa jako organizm miejski była kategorycznie przeciwna. O tym, aby powstały małe gminy Bródno, Zacisze, Targówek, nie chciano słyszeć. To wynikło z ustroju stolicy, z koncepcji, że Warszawa musi pozostać scentralizowaną aglomeracją. Pomysł wyodrębnienia Zacisza z reszty Warszawy nie mógł się udać, ponieważ w tamtych czasach był to teren, który wpłacał do kasy miasta dużo podatków. Nasz pomysł był taki: my płacimy podatki, oczywiście oddajemy część do miasta, na infrastrukturę, ale resztę, większość zaczniemy inwestować w Zacisze, które do dziś jest horrendalnie niedoinwestowanie. Tu ciągle jest tak, że trzeba wyszarpywać każdy kawałek ulicy, wodociągu, dlatego że w obrębie gminy czy dzielnicy Targówek jesteśmy mali.

Wiosną 1990 wzięliśmy jako Komitet udział w wyborach samorządowych wystawiając kandydatów do Rady Dzielnicy Praga-Północ. Maj i czerwiec to był szczyt rozwoju Komitetu a równocześnie jego koniec. Po pierwsze, okazało się, że "Solidarność" ma zamiar wygrać te wybory samorządowe i ostro się do tego przygotowuje w stylu, który nam się wydał typowo komunistycznym. Byłem tylko na jednym spotkaniu przedwyborczym aktywu i nie spodobało mi się ustalanie kandydatur, a nawet ustalanie, kto weźmie, jakie stanowisko. Tu naturalnie działały struktury dużych zakładów pracy. Było to zupełnie wbrew sposobowi, w jaki my działaliśmy, całkowicie poza polityką, całkowicie poza ideologią i bez zaglądania ludziom w papiery. Oderwaliśmy się i weszliśmy w konflikt z "Solidarnością". Odebrali nam prawo do posługiwania się znaczkiem. To był wielki czas Zacisza. Całkowicie spontanicznie i oddolnie zorganizowaliśmy kampanię. Ksiądz proboszcz wypożyczył megafon, który wcześniej służył na pielgrzymkach. Jeździliśmy samochodem Zelnika i panowie aktorzy wykrzykiwali hasła. Były mityngi, festyn z nagrodami, Wojciech Młynarski śpiewał dla nas w Domu Kultury. Działo się mnóstwo różnych akcji. Do Rady weszli w cuglach wszyscy nasi kandydaci: Waldemar Chmielewski, który potem został przewodniczącym Rady, Andrzej Kobel, później burmistrz Targówka i Teresa Kłębkowska. Na Pradze Północ władzę objęły zblokowane Komitety Obywatelskie z Targówka, Zacisza i Bródna a nie "Solidarność". Traktuję jako jedno z osiągnięć osobistych, że zwyciężyły środowiska, które autentycznie chciały wdrażać prawdziwą samorządność.

Zaraz po wyborach doszło do ostrego konfliktu już na najwyższym szczeblu ogólnokrajowym, do tzw. wojny na górze, w której poszło o to, kto opanuje Komitety Obywatelskie, które tak jak na Zaciszu oddolnie powstały w całej Polsce. W tej walce komitety padły, cały ruch samorządowy w drugiej połowie 1990 roku poległ. Jesienią 1990 roku rozwiązałem Komitet, oczywiście za zgodą wszystkich członków. Przekonałem ich, że to, co zamierzaliśmy robić nie jest możliwe, nikt nam na to nie pozwoli i w związku z tym lepiej żeby go nie było niż miałby się stać przybudówką jakiejś politycznej działalności dla kogokolwiek.
2008.02.25-kieniewicz-4
Drugi mój etap życie na Zaciszu rozpoczął się po 1994 roku, kiedy wróciłem po zakończeniu mojej misji w Hiszpanii. Skończyły się ruchy społeczne, skończył się Komitet, Rada Parafialna przestała istnieć. Wszystko się poprzekręcało. Zacisze to było już zupełnie innym miejscem. Jak patrzę na te ostatnie kilkanaście lat, to muszę przyznać, że jednak się poprawia, choć są ciągle miejsca, które przypominają skansen. Mam tu przede wszystkim na myśli okolice pętli, te puste parcele… Ale nie powinno się narzekać. W latach dziewięćdziesiątych kontynuowały prace różne grupy skupione czy to przy Radzie Osiedla, czy przy Fundacji. Ukazywała się gazeta, którą z czasem wyprowadził na ustabilizowane szlaki Zbigniew Poczesny. Gazeta zrobiła wiele dla udokumentowania przeszłości Zacisza i dania świadectwa teraźniejszości. Na moim osiedlu zawiązała się spółdzielnia, która przez kilkanaście lat zabiegała o przekształcenie nas we właścicieli. Dziś proces ten mam nadzieję dobiega końca. Wokół rośnie coraz ładniej, choć i coraz gęściej. Zabudowa pozostaje chaotyczna, ale to cały urok Zacisza. Jeszcze nie skończona kanalizacja i asfaltowanie ulic. Budki telefoniczne właściwie straciły rację bytu. Zwyczaj prowadzenia pogwarek na rogach i w niektórych punktach o magicznej sile przyciągania pozostał. Zamiast jednej mamy trzy parafie. Jest urząd pocztowy, dwa oddziały bankowe. Nadal też są ludzie, z którymi zaczynałem swoje zaciszańskie życie przed ćwierćwieczem. Jesteśmy oczywiście o tyleż starsi. Może też i o tyleż mądrzejsi. Nie wątpię, że kolejne pokolenia Zaciszan będą miały wiele do zrobienia wokół nas i dla nas.

/wysłuchał i spisał Marcin Gałązka/

-----
Jan Kieniewicz
(urodzony 1938 r.), historyk, badacz dziejów nowożytnych i najnowszych, historii Indii, Hiszpanii, ekspansji europejskiej i dziejów porównawczych polsko-hiszpańskich. Profesor zwyczajny w Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1986-1990 przewodniczący Rady Parafialnej na Zaciszu, od jesieni 1989 do jesieni 1990 przewodniczący Komitetu Obywatelskiego na Zaciszu, w latach 1990-1994 ambasador RP w Madrycie.
Prof. Jan Kieniewicz o Zaciszu cz. 1
Zamieszkałem na Zaciszu przypadkiem. Gdy w latach siedemdziesiątych starałem się o powiększenie powierzchni mieszkalnej okazało się, że Uniwersytet ma możliwość umieścić mnie na liście kandydatów do domków budowanych przez moją spółdzielnię mieszkaniową. W 1981, krótko przed stanem wojennym, wylądowałem w parterowym domku z wielkiej płyty. Miały one wiele mankamentów technicznych. Można powiedzieć, że były brzydkie. Ale wydawały się nam prawdziwym cudem. Tym większym, że przy domku był niewielki teren, na którym urządziliśmy ogródek. W latach 90-tych postanowiłem, że trzeba to rozbudować. Wymarzyłem to sobie w formie małej z zewnątrz, dużej wewnątrz. No i nadal wcale nie jest mi luźno tutaj z książkami...


Napisałem kiedyś, że wybrałem swoje miejsce po tej stronie Wisły jakby logicznie ciągnąc na wschód, gdzie tkwią moje korzenie. W istocie jednak był to przypadek, tyle że błogosławiony. Można powiedzieć, że zamieszkałem na Zaciszu dwukrotnie. Pierwszy raz w 1981, w systemie dawnego PRL. Drugi raz w 1994, gdy cała okolica była już ogarnięta nową rzeczywistością. Ta pierwsza dekada była ciekawsza i pełna niespodzianek. Był to czas, w którym głównym zajęciem, poza knuciem na różnych frontach, było uprawianie ogródka. Wszyscy mieliśmy większe lub mniejsze ogródki przy domu i głównym zajęciem mieszkańców spółdzielczego osiedla było uprawianie ziemi. Na początku trzeba ją było doprowadzić do kultury, bo tu były gruzy, jakieś pokłady drewna, kamieni, szkła. Uprawialiśmy wszystko, co się dało: szpinak kanadyjski, grochy, fasole, sto krzaków pomidorów, truskawki, drzewa owocowe... Z tego się robiło własne przetwory. Kwitła rywalizacja i kooperacja z sąsiadami. Typowa gospodarka samowystarczalna, pozwalająca przetrwać zapaść gospodarki niedoboru. W latach 80-tych (czas racjonowanej żywności) infrastruktura sklepowa Zacisza była czymś zupełnie szczątkowym. W dawnym „wysokościowcu” przy Radzymińskiej, tzw. "trzypiętrówce", był sklepik mięsny o powierzchni około 10 metrów kwadratowych. Zimą z 1981 na 1982 niejeden wieczór tam przestałem. Zimno było bardzo. A drugi sklepik mięsny był na ul. Jórskiego, tam gdzie dziś jest hurtownia papierosów. I tam w końcu pozyskałem, tak ważne wtedy, bliskie kontakty z załogą tego sklepu. Przekupywałem ich przy pomocy rozmaitych cennych rzeczy, w postaci paczki kawy, dezodorantu i podobnych luksusów.

Jak wspominałem w latach 80-tych - poza uprawianiem ogródka i naturalnie jakąś pracą zawodową - zajmowaliśmy się najrozmaitszymi, choć w sumie mało groźnymi, działaniami dywersyjnymi. W co drugim domku coś się działo. Jacyś wydawcy, drukarze, działacze podziemni... A u mnie pod kompostownikiem w ogródku była wykopana skrytka na materiały, które po nocy, zaprasowane w plastiku, zakopywałem w wielkim strachu. Takie to były czasy...

W różnych miejscach różne rzeczy się knuły. Jedną z nich był system wspomagania ludzi, przede wszystkim szło o środowiska represjonowanych, o ukrywających się działaczy Solidarności a szerzej o ludzi jakoś związanych z rozmaitymi formami działania „podziemnego”. Ta wielka akcja szła przez Kościół, szły całe transporty z Zachodu. Ale był też system bardzo roztropny, polegający na tym, że różni prywatnie ludzie z zagranicy, głównie Niemiec, ale i Włoch, Francji, Skandynawii, przesyłali prywatnym ludziom paczki na dostarczone im polskie adresy. Trudno było jednak dostawać jednej osobie dużą ilość paczek, bo to oznaczało kłopoty fiskalne. Trzeba było zmontować sieć adresową. Ja miałem sieć takich ludzi znajomych, krewnych, którzy zgadzali się na to, żeby na ich adres raz na miesiąc, raz na dwa miesiące przychodziły paczki. Musiałem te paczki od nich wyegzekwować, zmagazynować tu w jednym miejscu, posortować, a następnie stosownie do dyrektyw dostarczyć to, gdzie trzeba tam, gdzie trzeba. Drobne kółeczko w większym systemie.

Zajmowało to dość dużo czasu. Trzeba było też wszystkim nadawcom wysłać kartki z podziękowaniem. Wywiązywały się korespondencje, te paczki zaczynały się indywidualizować. Zawsze wśród standardowych, potrzebnych rzeczy, ci nasi dzielni Niemcy dokładali rozmaite rzeczy, które nijak się miały do potrzeb ludzi działających w podziemiu np. soczewica w puszce. W innych puszkach, dochodzących z Paryża, teoretycznie z kiełbaskami lokowano jakieś materiały agitacyjne, nalepki, zresztą nie zawsze wiadomo co.


Tak więc pierwsze Zacisze to dla mnie jest Zacisze stanu wojennego i kolejnych lat 80-tych. Zacisze poznawałem trochę wożąc wnuka na spacery wózkiem, chodząc między jednym a drugim sklepem, chodząc do kościoła. Na Zaciszu, w tamtym okresie takie środowiska jak tutejsze, tzw. "domki spółdzielcze", należały do rzadkości. Zacisze tworzyło matecznik własności prywatnej. Było to zagłębie warsztatów, prywatnej działalności rzemieślniczej. Jak sądzę niektórzy przedsiębiorcy w tamtych latach mieli się lepiej niż potem w latach 90-tych, kiedy przyszedł rynek. Nie wszyscy przedsiębiorcy zaciszańscy byli szczęśliwi po zmianach Balcerowicza. Poznawanie tamtego Zacisza to było chodzenie i patrzenie. Z czasem dopiero dochodziło do jakichś identyfikacji, czy kontaktów. Była oczywiście pętla autobusowa, tam gdzie dzisiaj i osiedlowy sklep spożywczy 'blaszak' koło niej, a dalej na rogu Radzymińskiej i Młodzieńczej piekarnia Chojeckiego, w której też trzeba było nieźle odstać w kolejce. I to była cała infrastruktura. Transport ograniczony do linii 119 i 120 jadących do Dworca Wschodniego.

Na Zaciszu lat 80-tych powoli rozmaite rzeczy się działy. Organizowaliśmy coś, co się nazywało ruchem trzeźwości. Próbowaliśmy przy parafii zorganizować Bractwo Trzeźwości. Od końca 1983 ruszyły ślubowania, pod apelem o trzeźwość zbierano podpisy przed kościołem. Trochę mieszkańców Zacisza się do tego przyłączało. Opiekę objął ksiądz proboszcz Henryk Dreling. Był dzielnym proboszczem z dużymi kontaktami u swych poprzednich parafian związanych z Hutą Warszawa, skąd do nas przyszedł. Potrafił aktywnie podziałać w różnych stronach. Z jego inicjatywy działała Rada Parafialna, której zostałem Przewodniczącym. Wspólnie z Jurkiem Zelnikiem i kilkoma innymi „współbraćmi” organizowaliśmy raz w miesiącu Mszę za Ojczyznę, wzorowaną na tych odbywających się w kościele Świętego Stanisława. Przygotowywaliśmy cały ceremoniał liturgiczno-solidarnościowy, kazanie stosowne do okazji. Po mszy odbywały się prelekcje, na których głosiliśmy już nie Słowo Boże, ale słowo patriotyczno-historyczne. Byłem jednym z głównych prelegentów. Nie mogę powiedzieć, żeby na tych pogadankach zostawało dużo ludzi. Czasem było to kilkanaście osób. Ale to był jakiś kolejny krąg. Na tablicy ogłoszeń przed kościołem mieliśmy swoje miejsce, gdzie były wywieszane informacje, okolicznościowe materiały, czasem fotografie, oczywiście modlitwy. Ksiądz Henryk tak to zorganizował, że Rada składała się po trosze z członków prężnie działającego tu wówczas chóru, po trosze z Bractwa Trzeźwości oraz z kilku miejscowych przedsiębiorców. Ksiądz proboszcz traktował nas dość poważnie. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale praktycznie o każdej porze dnia i nocy mogłem wpaść na plebanię. Przychodziłem do księdza czasem o 9 rano, czasem o 9 wieczorem. Sto spraw, które były potrzebne, spraw społecznych. Czasem ja miałem do niego interes, czasem On miał do nas interes - coś zorganizować, bo to był już czas, kiedy zaczęto myśleć o rozbudowie domu parafialnego. Na werandce plebani odbywały się nie tylko herbatki, ale także aktyw zaciszański spotykał się tam, aby o tym czy owym spokojnie pogadać. To wszystko w jakiejś mierze przysłużyło się temu, że ludzie z tej tradycyjnej, starej części Zacisza i ludzie z okolicy spółdzielczej zaczęli się z sobą stykać, poznawać ze sobą, orientować, kto jest, kto. Obecność tak znanych postaci jak Jurek Zelnik pomagała spinać różne środowiska.

2008.02.25-kieniewicz-2
Ksiądz proboszcz Henryk Dreling i Jan Kieniewicz

Społeczności osiedli spółdzielczych same ze sobą bardzo trudno się integrowały. Tworzyli je ludzie bardzo różnych profesji. Tutaj początek był typowo PRL-owski. Zaczęło się od kwestii roznoszenia mleka. Ludzie mieszkający w blokach byli przyzwyczajeni, że rano pod drzwiami jest butelka mleka. Myśmy nie wyobrażali sobie życia bez tej butelki mleka. Śmieszne bardzo. Była tak zwana akcja mleczna. Zima, stan wojenny. Trzeba organizować dostawę tych butelek ze sklepu przy pętli i rozwiezienie po domach, zebranie pieniędzy. Grupa ludzi, która potem w różnych akcjach solidarnościowych i innych też działała, zaczynała w akcji mlecznej. Z czasem stwierdziliśmy, że to jest kretynizm, że to mleko nie jest nam do niczego potrzebne, ale to trwało dobrych parę miesięcy. Potem była druga rzecz, która wiązała ludzi - szamba. Trzeba było mieć zorganizowany system nadzoru nad wozami od szamba tzn. pilnować, aby szambiarki wyciągały nieczystości a nie odwrotnie. Jako osiedle spółdzielcze byliśmy w sensie publicznym sektorem socjalistycznym. Prywatny właściciel musiał za wywóz szamba konkretnie zapłacić. Myśmy też musieli płacić, ale to było w ramach jakiś opłat spółdzielczych, więc efektywny pracownik sekcji szambiarskiej nie czuł, że ma tu interes i często zdarzało się tak, że szambo wybrane na starym Zaciszu wylewał do szamba na Zaciszu spółdzielczym. Myśmy się zorientowali w tym zagadnieniu i powstała funkcja "szambelana". Cały zespół ludzi aktywniejszych tym się zajmował. To były bardzo absorbujące zajęcia, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy taki wóz przyjedzie, a gdy się pojawił, to trzeba było pilnować a jednocześnie wejść z tymi szambiarzmi w jakieś stosunki "korupcyjne". Takie to były formy, w jakich ludzie zawiązywali znajomości.

Ludzie poznawali się też w ogonkach do telefonu. W latach osiemdziesiątych w domach spółdzielczych telefonów nie było. Były dwa aparaty publiczne na ulicy, więc jak tu zamieszkało 180 rodzin, to proszę sobie wyobrazić, co się działo. A automaty przeważnie były popsute. W dodatku mieszkała tu przecież jeszcze młodzież, która miała swoje ważne sprawy młodzieńcze, które wymagały konkretnych rozmów przez telefon. Potem z czasem tu i ówdzie zaczęły być telefony zaprowadzane do domów i wtedy człowiek, który miał do domu przeciągniętą linię stawał się swoistym ośrodkiem komunikacyjnym. Zelnikowie mieli bardzo wcześnie telefon. Potem Jackowscy. Dlaczego o tym wspominam? Wtedy zaczęto myśleć na Zaciszu, że trzeba założyć te telefony, że to jest spawa ogólna. Zaczęły powstawać różne komitety, spółki. Nic z tego nie wyszło, ale były próby zakładania stowarzyszeń na rzecz telefonizacji. Druga ważna rzecz – kanalizacja. Walka o to, żeby skanalizować Zacisze zaczęła się praktycznie już w połowie lat osiemdziesiątych i zaczęło się tworzenie różnych grup, które wykorzystywały to, że ktoś gdzieś pracował, znał się na czymś, żeby uzyskać możliwości kanalizacji. Dzięki temu ta część Zacisza została przyłączona do kanalizacji na początku lat 90-tych. Między innymi dlatego, że był tu komitet, który bardo intensywnie działał w tej sprawie. Z tym się wiązało uczestnictwo w formach samorządowych. Spółdzielcy mieli Radę Osiedla, jakby reprezentację wobec organizacji. To było grono wybierane i tam się znowu krzyżowały różne aktywności. Do pewnego stopnia obejmowano zainteresowaniem Radę Zacisza, choć wejście tam nastąpiło chyba dopiero po 1989 roku.

Były to czasy, kiedy kanałek dzielił, bo nie było mostu tylko kładka. Nie było jeszcze tak ważnych punktów odniesienia jak bazar na Trockiej. Taka rzecz w latach 80-tych nie miała prawa bytu. Co może warto odnotować, to że powstająca zabudowa spółdzielcza dała początek zieleni. Nie udało się uratować większości lip posadzonych przy ul Rolanda, brakowało wody. Ale stopniowo drzewa i krzewy wychodziły poza ogródki. Część ocalała do dzisiaj.

/wysłuchał i spisał Marcin Gałązka/
-----
Jan Kieniewicz (urodzony 1938 r.), historyk, badacz dziejów nowożytnych i najnowszych, historii Indii, Hiszpanii, ekspansji europejskiej i dziejów porównawczych polsko-hiszpańskich. Profesor zwyczajny w Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1986-1990 przewodniczący Rady Parafialnej na Zaciszu, od jesieni 1989 do jesieni 1990 przewodniczący Komitetu Obywatelskiego na Zaciszu, w latach 1990-1994 ambasador RP w Madrycie.

wtorek, 23 października 2007
www.zacisze.info
Bieżące informacje z osiedla znajdziesz na stronie

www.zacisze.info

23:05, margala
Link Komentarze (1) »
środa, 04 lipca 2007
warszawazacisze.blox.pl
Ja od marca realizuję się na stronie www.zacisze.info
a kolega Gajowy771, który tu pisywał, założył nowego zaciszańskiego bloga:
warszawazacisze.blox.pl

Poleca M.
20:42, margala
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11